|
Po sukcesie "(A)pollonii" na zeszłorocznym Festiwalu Awiniońskim Krzysztof Warlikowski przygotował "Un Tramway" - "Tramwaj" według dramatu Tennesse Williamsa "Tramwaj zwany pożądaniem", w nowym tłumaczeniu Wajdi Mouawada. W rolach głównych występują Isabelle Huppert i Andrzej Chyra. Scenografia i kostiumy Małgorzata Szczęśniak, dramaturgia Piotr Gruszczyński, muzyka Paweł Mykietyn. Paryska premiera 4 lutego 2010 w Theatre de l'Odeon. Spektakle w Warszawie: 12-14 kwietnia 2010 (Warszawskie Spotkania Teatralne)
Rz: Mija kolejny rok, a budowa pana Nowego Teatru w Warszawie znowu się oddala.
Krzysztof Warlikowski: Pracowałem nad "(A)pollonią" w napięciu przez rok. To była próba stworzenia czegoś nowego. Pierwsza, a może ostatnia, bo ciągle konfrontuję się z faktem, że mój teatr nie może działać na pełnych obrotach.
Co zdecydowało, że po tragediach antycznych i szekspirowskich, nowatorskiej formalnie "(A)pollonii" sięgnął pan po Tennessee Williamsa, klasyka amerykańskiego dramatu?
Generalnie robię przedstawienia o sobie. Czasami ważne są przypadki. Wróciłem do Williamsa, żeby przeczytać po francusku opowiadania nietłumaczone na polski. Ich druk był za życia pisarza zablokowany, ukazały się dopiero w latach 90. Zacząłem szukać w prozie i w dramatach. Znałem wszystkie filmy. Zamiast opowiadać nową historię, wolę się zderzyć z wyobrażeniami tego, co jest w powszechnej świadomości.
Co okazało się najciekawsze?
Sfera tabu. Miłość Blanche do młodego mężczyzny, do której – jak Fedra – raz się przyznaje, a raz jej zaprzecza. Grały to wielkie hollywoodzkie gwiazdy, Vivien Leigh i Elisabeth Taylor, wraz z początkującymi Marlonem Brando i Paulem Newmanem. Jak się dziś ogląda "Tramwaj zwany pożądaniem", widać, że Oscar Vivien Leigh się zakurzył. Żywy pozostał Brando, wciąż współczesny. Stał się nowym typem amanta hollywoodzkiego i ikoną seksualności. A właściwie, w związku z orientacją Williamsa, homoseksualności.
Co pana przekonało do Isabelle Huppert, która gra Blanche?
"Pianistka" Michaela Haneke według Jelinek. Toksyczne relacje z matką, z których bohaterka próbuje się wyzwolić, a także chora miłość uprawiana z chłopakami pokątnie w toaletach – to znaliśmy. Ale nikt nie potrafił pójść tak daleko jak Isabelle Huppert w pokazaniu skomplikowanej natury kobiety, człowieka. Kiedy się spotkaliśmy, Isabelle mówiła, że chce zagrać Blanche. Potem przyszedł mi do głowy Andrzej Chyra w roli Stanleya Kowalskiego.
Na konferencji w Warszawie mówił pan ironicznie, wręcz szyderczo, że Andrzej Chyra ma zagrać Polaczka, prymitywa.
To skojarzenie z filmu Elii Kazana. Mamy je mocno zakodowane w pamięci. Sztuka każe się zastanowić, czy tak widzą go inne postaci, w tym Blanche. Czy dorabia mu się gębę Polaczka i chama? To nie jest proste.
Zależało panu, żeby Andrzej Chyra miał akcent?
W mojej adaptacji Andrzej jest Polakiem. Nie jest możliwe, by cudzoziemiec mógł mówić jak rodowity Francuz, jeżeli nie mieszka we Francji kilkanaście lat i nie jest to jego pasją albo kompleksem.* We francuskich teatrach jest wielu aktorów z akcentem. Życie jest naznaczone akcentem! Nie ma potrzeby go niwelować.
Czy narodowość bohaterów ma dla pana znaczenie?
Życie na emigracji wprowadza zupełnie inne wyobcowanie niż to, jakie czuje się we własnym kraju. Odmienność Andrzeja, który musi się odnaleźć w kulturze i teatrze francuskim, to podkreśla.
A Blanche?
Jest skomplikowaną istotą, która nie chce prawdy, odrzuca rzeczywistość, pragnie magii. Jest skonfliktowana ze światem. Nie nadaje się do normalnego życia, stara się więc podporządkować sobie otoczenie. Uosabia też dom, z którego uciekła Stella, jej siostra, żona Stanleya. Każdy ma swój punkt widzenia. Można się zastanawiać, kto jest katem, a kto ofiarą, ale każdy gra obie role. Williams oczywiście utożsamiał się z Blanche.
Można się spodziewać konfrontacji uładzonej francuszczyzny i emigranckiej drapieżności?
Kultura w wydaniu Blanche nie jest uładzona, tylko przerafinowana. Tak jak Williamsa, którego homoseksualne życie w Ameryce połowy XX wieku nie było proste. Przeszedł przez uzależnienia od alkoholu, środków nasennych, narkotyków. Sprawa jego śmierci, być może samobójstwa, wciąż jest niewyjaśniona. Dramat przeżyła też jego rodzina. Chora umysłowo siostra jako jedna z pierwszych w Ameryce została poddana lobotomii. W "Nagle, zeszłego lata" mówi się o tym jak o wymazywaniu niechcianej pamięci. Williams pokazywał się z nią publicznie, choć była de facto martwa. Stała się warzywem.
Dlaczego do nowego tłumaczenia Wajdiego Mouawada dopisał pan monologi Blanche?
Żeby pójść dalej.
Czy służy temu również biblijna scena z Salome?
Monologi i scena biblijna stały się moim sposobem wejścia w tekst Tennessee Williamsa. Ostatnio funkcjonował w europejskiej rzeczywistości teatralnej w inscenizacji Franka Castorfa jako "Endstation Amerika" (2002), osadzony w realiach Berlina, z perspektywą "Solidarności". Chciałem pójść własną drogą – wewnętrzną.
rozmawiał Jacek Cieślak
"Rzeczpospolita", 4.02.2010
*OD REDAKCJI: Czy "rodowitość" francuszczyzny Warlikowskiego, który mieszkał we Francji kilkanaście lat, jest wynikiem jego pasji czy kompleksu?
Tennessee Williams zaczął zdobywać popularność w momencie, gdy głównymi odbiorcami najnowszej dramaturgii były Broadway i Hollywood. Przez to przeszedł do legendy jako pisarz realista. Czy paryska inscenizacja Krzysztofa Warlikowskiego zmieni ten obraz jednego z najbardziej ekscentrycznych amerykańskich twórców?
Williams (1911-1983) za swoje dramaty dwukrotnie został uhonorowany Nagrodą Pulitzera, nigdy jednak nie stał się celebrytą. Wycofany, nieprzystosowany, do końca pielęgnował w sobie lęki i zadry z dzieciństwa. Dzieciństwa naznaczonego przez alkoholizm ojca komiwojażera, psychiczną niestabilność matki i surowe zasady dziadka, pastora, u którego mieszkała rodzina Williamsów. Konflikt z rodzicami zaognił się, gdy wyrazili oni zgodę na ubezwłasnowolnienie, a potem lobotomię ukochanej siostry pisarza Rose. Po operacji w 1937 r. dziewczyna pozostała niepełnosprawna do końca życia, zaś Tennessee zaczął odreagowywać złość, wprowadzając do sztuk motywy choroby umysłowej, za którą winę ponosi środowisko. Poprzez twórczość oswajał także gorycz związaną z brakiem akceptacji dla jego długoletniego związku z Frankiem Merlo, który zanim zmarł w 1963 r., wielokrotnie wyciągał go z depresji.
Obcisłe koszulki Marlona Brando, włosy Vivien Leigh w nieładzie, duszna atmosfera Nowego Orleanu. "Tramwaj zwany pożądaniem" wbił się w pamięć światowej publiczności dzięki filmowi Elii Kazana z 1951 roku, który z Brando uczynił ikonę pokolenia i ugruntował reputację Williamsa jako autora bezlitosnego. Zwarcie, w jakim zakleszczają się Stella, jej mąż Stanley Kowalski i jej zrujnowana siostra Blanche Dubois interpretowano poprzez walkę klas, walkę kultur, walkę płci, walkę zacnych idei i zwierzęcej natury człowieka. Okrucieństwa wpisanego w niekończące się rozmowy nieokrzesanego polskiego imigranta Stanleya z arystokratyczną neurasteniczką Blanche do dziś nie przebili nawet brutaliści.
Krzysztof Warlikowski, realizując "Un Tramway" w paryskim Theatre de l'Odeon, będzie mierzyć się jednak zarówno z hollywoodzką legendą, jak i z pułapkami zapisanymi w tekście sprzed ponad 50 lat. Realizm, który u Williamsa miał siłę rewolucyjną, burzycielską, buntowniczą, dziś został już przejęty i rozdrobniony przez sztukę masową. Dramat odczytywany poprzez oczyszczającą moc wywlekania małżeńskich brudów, może dziś tylko rozbawić lub zmienić się w namiastkę telenoweli. Zbudowany na relacji sadysta - wariatka osunąłby się w banał i efekciarstwo. Wpisany w kontekst "polskich hydraulików we Francji", byłby niewiarygodny. Decydując się na "klucz emigracyjny", lepiej by już wtedy dać Kowalskiemu arabskie nazwisko i snuć opowieść o zamieszkach w etnicznych gettach na przedmieściach Paryża.
Inscenizacje "Tramwaju..." jako sztuki realistycznej to mainstream. Podobnie, niczym zapis prawdziwych, podpatrzonych historii, traktowano także kolejne sztuki Williamsa: "Kotkę na gorącym blaszanym dachu", "Noc Iguany", "Słodkiego ptaka młodości". Przemysł filmowy przejmował je błyskawicznie, widząc w nich świetny materiał na role dla gwiazd: Paula Newmana, Elisabeth Taylor, Geraldine Page, Richarda Burtona. Role psychologiczne, wyraziste, na granicy ekshibicjonizmu i sztywnej formy. Wielcy ludzie Hollywoodu z upodobaniem eksponowali momenty, gdy narzucana przez społeczeństwo maska opada i odsłania się to, co autentyczne, wstydliwe i chore. Wyzwalają się popędy, na twarz wstępują rumieńce, ruchy stają się zbyt gwałtowne, włosy sklejone potem.
Williams nie był jednak wyłącznie dostawcą partytur do publicznej psychodramy. Jego bohaterowie zbudowani są nie tylko z seksualności, instynktów i tamujących je nakazów, ale przede wszystkim z pamięci, marzeń, autorefleksji.
Ich rozmowy to nie tylko batalie, demonstracje siły czy gra wstępna, ale też desperackie próby zrozumienia siebie poprzez drugiego człowieka. Istnieją dzięki swym wspomnieniom i planom. Kimś przecież byli, kimś jeszcze stać się wszak mogą... Ich tu i teraz to czysty przypadek, niemający wiele wspólnego z "prawdą" o nich samych. Posiadanie ciał zdaje się ich zaskakiwać. Osadzeni w realistycznej scenerii postrzegają się całkowicie abstrakcyjnie, poprzez stereotypy, ambicje i romantyczne rojenia. W tym ścieraniu się iluzji z szorstką rzeczywistością tkwi więcej przemocy niż w szamotaniu się po kątach, chwytaniu wielką dłonią za wiotkie nadgarstki czy w wulgarnych odzywkach - czyli wszystkich elementach tak uwielbianych przez kino.
Krzysztof Warlikowski wielokrotnie udowadniał, jak bliskie są mu pytania o autoiluzje, o budowanie sobie pancerzy z kulturowych stereotypów, o stojącą za wyborami bohaterów historię. Potrafił zobaczyć "obcego" i "wykluczonego" nie tylko w dyskryminowanym, ale i dyskryminującym. Pokazać, jak rozproszona jest przemoc i krzywda. Zaskoczyć spostrzeżeniem, że ofiarami systemu bywają nie tylko gej, kobieta czy emigrant. Nie tylko ci o tożsamościach rozmytych, płynnych, ale właśnie ci, którzy uznali się za skończonych, pełnych, twardych i mocno osadzonych.
Paryska adaptacja może więc być dla utworu Williamsa szansą na wyzwolenia się spod kinowej klątwy. Zresztą w "Un Tramway" (w nowym tłumaczeniu Wajdi Mouawada) reżyser wraz z dramaturgiem Piotrem Gruszczyńskim ograniczyli pewne wątki, wykorzystali też teksty Platona i piosenki zespołu Pulp. Rolę Stanleya Kowalskiego będzie wydobywał spod mitu Marlona Brando Andrzej Chyra, rolę Blance Dubois przejmie po Vivien Leigh Isabelle Huppert. Już w kwietniu będzie można to zobaczyć w Warszawie - spektakl zainauguruje 30. Warszawskie Spotkania Teatralne.
Joanna Derkaczew
"Gazeta Wyborcza", 4.02.2010
Paryska publiczność "Un Tramway" nie musiała przez trzy godziny mierzyć się z pytaniem: czy Krzysztof Warlikowski to artysta śmiertelnie konsekwentny, czy stosujący autoplagiaty? Czy pokazał w Teatrze l'Odeon oryginalny spektakl, czy tylko kompilację dotychczasowego dorobku?
Z tym dylematem zmierzą się dopiero widzowie 30. Warszawskich Spotkań Teatralnych, festiwalu, który najnowsza produkcja Warlikowskiego na podstawie sztuki Tenneesse Williamsa "Tramwaj zwany pożądaniem" ma otwierać w kwietniu.
Paryżan nie dręczyło pytanie, czemu przedstawienie tak nowe (oparte na nowym polskim tłumaczeniu Jacka Poniedziałka, nowocześnie zaadaptowane, inkrustowane nowym zestawem tekstów, korzystające z potencjału paryskiego zespołu, z gwiazdą Izabelle Huppert) z minuty na minutę wydaje się coraz starsze. Czemu tak wiele w nim cytatów z "Poskromienia złośnicy", "Oczyszczonych", "Bachantek", "(A)pollonii"? Czy to skutek często dotykającego polskich twórców "syndromu zagranicy"? Czy przemyślna konstrukcja, w której reżyser i główna bohaterka Blanche DuBois (Huppert) dręczeni są tym samym demonem - przekleństwem pamięci?
Blanche, lekkomyślna siostra marnotrawna, którą w historii kina zapisała Vivien Leigh (film Elii Kazana z Marlonem Brando), w paryskim przedstawieniu jest ofiarą syndromu posttraumatycznego. Gdy na jej oczach mąż dokonał homoseksualnego coming outu, po czym popełnił samobójstwo, straciła mowę. Blanche wyrusza w podróż. Z przeładowaną drogimi sukniami walizką zjawia się u siostry Stelli (Florence Thomassin) żyjącej z prymitywnym sadystą Stanleyem Kowalskim (Andrzej Chyra). Kolejne sceny będą próbą rekonstrukcji jej poranionej, roztrzaskanej tożsamości. Blanche uczy się chodzić. Blanche powraca do historii z młodości. Blanche odnajduje w śmietniku podświadomości idiotyczne kawały i sceny ze starych filmów, oper, lektur. Najpierw jednak Blanche uczy się mówić. Siedząc we wnętrzu przeszklonego boksu, w bieliźnie, z rozchylonymi nogami, bełkoce, charczy i rzęzi, wydobywając każdy dźwięk z bólem. Wykrzywiona skurczami twarz, usta zapchane przeżuwanym jabłkiem, ciało targane spazmami - kamera powiększa ten obraz wielokrotnie, czyniąc z Blanche kobietę zamkniętą nie tylko w pułapce własnego kalectwa i traumy, ale i własnego wizerunku.
Postaci, z którymi dialoguje, są z początku prawie niewidoczne, zepchnięte na obrzeża sceny, co daje wrażenie psychomachii, konfrontacji z upiorami własnego umysłu. Gdy Renate Jett w prologu "Oczyszczonych" walczyła z polskim tekstem, wypluwając go jak na torturze, męka mówienia stawała się znakiem męki miłosnej, męki niedającego się wypowiedzieć pożądania. Postać Huppert o istnieniu fizycznego pragnienia usiłuje zapomnieć. Wymazać je, wyrwać z ciała i wspomnień. Za każdym razem, gdy jakiś gest, obraz czy brutalne słowo Stanleya dotkną tego tematu-rany, afazja powraca. W pionie trzymają Blanche kolejne suknie i kreacje, które wydają się stelażami i podpórkami dla jej sypiącego się ciała i maskami dla jej obolałej psychiki. Wielki, biały szlafrok otula ją, chroni, zmienia w widmo z mitu czy tragedii antycznej. Różowa suknia okaże się bezpiecznym łonem, z którego wydobędzie się, by toczyć kolejną walkę ze szwagrem - jej oprawcą, katem, ale i lekarzem.
Andrzej Chyra dołącza rolą sadystycznego Polaka do galerii bezwzględnych egzorcystów-szamanów powracających w spektaklach Warlikowskiego. Tinker z "Oczyszczonych", Petruchio w "Poskromieniu złośnicy", Dionizos w "Bachantkach" - wszyscy usiłowali zmusić swoje ofiary do autentyczności i samowiedzy, aplikując im mieszankę przemocy i erotyzmu. W "Tramwaju..." Chyra, nie zmieniając prawie wyciszonego stylu gry, przypomina momentami to stereotypowego emigranta, to zwierzę czy wytwór chorej wyobraźni. W scenie gwałtu przeciąga Blanche po torach do gry w kręgle, aż pod przeszklony boks. Jakby zaciągał zdobycz do jaskini. Albo pomagał w przeprawie przez traumę, w dotarciu do otorbionych przez pamięć i nieświadomość faktów. Dzikus czy przewoźnik przez barierę bólu? I kim jest Blanche? Zwykłą pacjentką? Uniwersalną ofiarą, z którą jak z Iwoną Gombrowicza "wszystko wolno"? Subtelną duszą, uwięzioną w brudnej materii?
Te pytania i interpretacje kryją się jednak w podskórnym nurcie spektaklu. Warstwa zewnętrzna może rozczarowywać. Te same co zwykle pomysły scenograficzne - pleksi, designerski zestaw wypoczynkowy i motywy maryjne (wyjątkowo zamiast wariacji na temat Maryi polskiej dominuje styl południowoamerykański, kolorowe wieńce i obrazki jak z meksykańskich cmentarzy). To samo jaskrawe światło. Ten sam schemat: histeria - wyciszenie - gwałtowny przeskok w piosenkę. Wiele scen trąci tautologią. Arystokratka ducha Blanche konfrontuje się z klasą niższą - Renate Jett śpiewa "Common people" Pulp. Blanche obnaża się z kazirodczym uczuciem do siostry i krytykuje jej związek - Renate Jett śpiewa "All by myself" i wygłasza długi monolog na temat kompromisów w małżeństwie i konieczności zakochiwania się najpierw w sobie, potem dopiero w partnerze. Dawną delikatność i abstrakcyjne myślenie Warlikowskiego widać w kilku obrazach, jak stosunek Stelli i Stanleya odbywający się bez zwierzęcej chuci: para siedzi przy sobie na łóżku, a szklany boks w tle sceny wykonuje powolne, posuwiste ruchy.
Czy spektakl jest dla Warlikowskiego tym czym dla Blanche - walką ze wspomnieniami? Czy też może oznaką twórczego kryzysu?
Joanna Derkaczew
"Gazeta Wyborcza", 6.02.2010
Tylko zalogowan użytkownicy mogą komentować materiały . Proszę zaloguj się lub zarejestruj. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |