Napisał Malina Błańska Monday, 08 March 2010
Kuleta studiował od 2004 r. Jako szkolny katecheta nie mógł wybrać lepszego miejsca na robienie doktoratu z teologii. Zachwycony był poziomem nauki i życzliwymi profesorami, którzy troszczyli się o doktorantów. Ludzkie podejście do studenta jest ważne, tym bardziej do inwalidy, jakim jest Kuleta, który ma papiery na to, że widzi o połowę gorzej niż inni ludzie. Uczelnia z tego tytułu wypłacała mu nawet stypendium - ponad 10 tys. rocznie. Świadom dydaktycznego wsparcia i wyrozumiałości student postanowił napisać pracę naukową na temat, przed którym wszyscy jego kumple uciekali, bo wiązało się to z koniecznością przebrnięcia przez 6 tys. stron i 19 tomów ciężkich "Kazań świętokrzyskich". W 2005 roku uczelnia oceniła jego dokonania naukowe jako bardzo dobre z najwyższym wyróżnieniem. Sielanka, podczas której profesorstwo starało się nie rozpraszać doktoranta dodatkowymi zajęciami, trwała trzy lata. Przez ten czas Kuleta nie opowiadał nikomu z uczelni o swoim homoseksualizmie, uznając, że to jego prywatna sprawa, niemająca związku z pracą naukową.
Dobre lata skończyły się w 2007 roku. Wtedy właśnie Kuleta rozpoczął poszukiwania wydawcy swojej książki „Inne spojrzenie na wybrane aspekty seksualności ludzkiej, rozpatrywane w odniesieniu do duchowości chrześcijańskiej". Pisał o tym, jaką seks pełni rolę w religii. Autor prezentował w swoich rozważaniach dość krytyczne podejście do tego, co myśli i robi Kościół w sprawie współżycia owieczek. Swoimi rozważeniami objął homoseksualizm, udowadniając, że Bóg nie jest przeciwny aktom homoseksualnym, o ile uwzględniają one zasadę komplementarności uczuciowej i płciowej. Rękopis rozesłał także do wydawnictw katolickich, wierząc, że poszukiwanie prawdy o tych sprawach akurat takie domy wydawnicze powinno zainteresować przede wszystkim. Katolicka jego uczelnia bardzo się zainteresowała tematem i autorem, ale trochę specyficznie.
Najpierw promotor przestał odbierać od niego telefony. Potem zmniejszono mu o połowę stypendium. Atmosfera się zagęściła. Jakieś głupie uśmieszki, komentarze. Nagłe wokół Kulety wytworzyła się pustka.
W 2008 r. kandydat na uczonego wystąpił o zgodę na przedłużenie studiów doktoranckich o rok. Materiału było zbyt wiele, a i wada wzroku nie pomagała w wertowaniu tysięcy stron. W dodatku jego opiekun naukowy wciąż mnożył przeszkody we wzajemnych kontaktach. Kuleta zamiast dzwonić na komórkę, której ten nie odbierał, gdy wyświetlało się imię studenta-pedała, zaczął wydzwaniać na telefon stacjonarny.
Jednego dnia podczas przerwy w zajęciach prof. Paweł Ogórek zorganizował mu przymusowy coming out. W większej grupie studentów i naukowców zwrócił się do niego pieszczotliwie per „tęczowy doktorant".
Zgody na przedłużenie studiów nie dostał. Bo jest leniem i nie oddał żadnego rozdziału pracy.
Kuleta poszedł do sądu, uważając, że nie można ślepego pedała traktować jak śmiecia. Pozwał uczelnię o odszkodowanie ze względu na dyskryminację.
Towarzyszyłam mu na pierwszej rozprawie. Kuleta nie ma adwokata, bo go nie stać. To, co wyczyniała sędzia na rozprawie, przekroczyło wszelkie dopuszczalne granice zachowania funkcjonariusza sprawiedliwości. Na porządku dziennym były uwagi typu: Ludzie różnie czytają, ale tyle książek (mowa o 19 tomach "Kazań świętokrzyskich") to ja czytam w miesiąc. Niemal każde pytanie zadane przez Kuletę uchylała, zarzucając mu brak zwięzłości. Jeżeli jest pan wykształconym człowiekiem, powinien umieć pan konkretyzować myśli. Do przesłuchiwanego reprezentanta uczelni: Trzeba lepiej dobierać doktorantów. Kuleta próbował zadawać pytania z kartki, więc czytanie szło mu z oczywistych względów słabo. Pani sędzia pouczała go zatem na każdym kroku, że nie szanuje jej czasu. Sama spóźniła się 40 minut na rozprawę. Niech pan się nie drapie, zwracała uwagę Kulecie. Łagodniej niż ona do doktoranta mówię do swojego psa, kiedy się zeszcza na łóżko.
Katolicka uczelnia, jak twierdził jej pełnomocnik, oczywiście w ogóle nie wie, o co chodzi. Nie mieli pojęcia, że ich doktorant wydał gdzieś książkę o tak bulwersującej tematyce. Oczywiście nie ma żadnej dyskryminacji. Nikt nie ma żadnych pretensji do Kulety, że jest gejem. Jest leniem i dlatego trzeba było go wyrzucić.
Na uczelni jest według Kulety wielu gejów. Różnica między nimi a Kuletą jest ta, że oni się z tym kryją.
Pierwsza rozprawa zakończyła się niczym. Kuleta zastanawia się, czy może powołać biegłego, który oceni, czy półślepy może tak szybko czytać tyle tysięcy stron, jak od niego oczekiwano. Zgłosił też świadków. Jest jak dziecko. Wierzy głęboko w to, że wszyscy zatrudnieni wciąż na uczelni będą mówić prawdę i nie dostaną raptownej amnezji. Jeśli do tego dodać atmosferę stworzoną przez panią sędzię, jestem przekonana, że Kuleta polegnie w tej nierównej walce. Bo niełatwo jest udowodnić komukolwiek - tu uczelni - motywy, jakimi się ona kieruje. U Wyszyńskiego lepiej homoseksualizm konspirować, wówczas uniwersytet niedowidzi.
"NIE" nr 11/2010
|
| < Poprzedni | Następny > |
|---|





