Napisał Marcin Krzeszowiec Sunday, 28 February 2010
O MARYNI czyli Frycek i Julek w matni
Czy podejrzewali się wzajemnie o nieodporność na wdzięki męskie? Byś może, jednak któż z nas kogo to już nie podejrzewał, a dowodów nie ma żadnych. Niezbitym natomiast jest fakt, że „wspólnie kochali" tę samą kobietę - Marię Wodzińską. I znowu jest okazja do obalenia jednego z bardziej szkodliwych i enerwujących mitów. Wszystkie opracowania, wymieniwszy jednym tchem wiersze, które Słowacki poświęcił poznanej w 1834 w Genewie Maryni (a jest tego trochę: „W Szwajcarii", „W sztambuchu Marii Wodzińskiej", „Przeklęstwo", bardzo słynne „Rozłączenie", „Stokrótki", „Rzym", „Sumnienie" - wszystkie w latach 1835-36), zachłystują się kosmiczną siłą i romantyczną egzotyką tego „alpejskiego" uczucia. Tymczasem prawda wyglądała o wiele mniej niebotycznie.
W końcu zwariowana rodzinka zahaczyła o Genewę i traf chciał, że ktoś im polecił pensjonat Patteyowej, w którym, jak pamiętamy, na dobre zadomowił się Słowacki. Wiedząc, jak zawsze Julka nudziły serca interesowne (mamuśka) i głowy bardzo puste (córeczka) płci pięknej (Florencja, 22.02.1838), jakich dokonywał cudów, by wymknąć się tłumnie zapełniającym pensjonat damom i w spokoju popracować czy poczytać, i, wreszcie, znając jego porywczość - możemy sobie wyobrazić, jak musiał być wściekły, gdy wszystkie pomieszczenia wypełnił perlisty śmiech i słowicze koloraturki Maryni. Nie mógł się jednak okazać rarogiem i nieokrzesańcem, więc, rad nierad, przyjął zaproszenie Wodzińskich na wycieczkę wysokogórską do kaskady Giesbach (sierpień 1834) - tę samą, która, jak chcą historycy i literaturoznawcy, miała zapoczątkować jego wielką fascynację Marynią i zainspirować do napisania poematu „W Szwajcarii".
Owszem, poemat napisał, bo warsztat miał opanowany tak doskonale, że mógł tworzyć a vista, bez autentycznego zaangażowania uczuciowego, a widocznie wymagały tego względy taktyczne (dziewczyna była upierdliwa i trzeba ją było czymś ugłaskać) lub systemowe (Marynia lubiła kolekcjonować dowody uczuć artystów w postaci dedykowanych jej dzieł: od malarzy przyjmowała portrety, Chopin dwa lata później skomponował dla niej walc - dlaczego Jul miał być gorszy?). Natomiast rzeczona wycieczka skończyła się tym, że damy, zmęczone i przerażone podróżą po przepaścistych górach rzuciły nas i pojechały inną drogą do Luzern - my zaś chłopcy, trochę smutni z rozłączenia się [co wypadało okazać], TROCHĘ WESELI Z ODZYSKANEJ WOLNOŚCI, poszliśmy pieszo przez góry. (Genewa, 21.08.1834)
Słowacki przejrzał zakusy mamuśki oraz charakterek panny i za ponowną wizytą Wodzińskich w Genewie latem następnego roku traktował obie z dużą rezerwą, Maryni zaś wyprorokował co następuje: Dowodzę jej jednak czasem, że jaki Pan Podkomorzyc w krainie Lachów, dobrze opatrzony w szlachecką układność, talenta, wąsy, podkówki i ostrogi, wybije z głowy pustelniczy domek [który sobie w romantycznej wyobraźni była uroiła i epatowała tym projektem rozlicznych zalotników]. (...) Młode nasze Polki zawsze przebywają bardzo piękne krainy marzeń, aby się kiedyś zamknąć i zakopać w najnudniejszej realności. Chyba w żadnej innej sytuacji Słowacki nie był bardziej dosłownie wieszczem: Marynia przebierała, przebierała, aż skończyła za postawnym a grubym, istotnie wąsatym acz dalekim od uduchowienia szlachetką Orpiszewskim, właścicielem folwarku z browarem.
Proroctwo Słowackiego nosi datę 30 czerwca 1835. Ubolewać należy, że w ciągu najbliższego roku nie miał okazji widzieć się z Chopinem i uprzedzić go, co to za ziółko ta Marynia. Zaoszczędziłoby to Fryckowi bolesnej rekuzy. Ten jednak zetknął się z Wodzińskimi dopiero latem 1836 w Mariańskich Łaźniach, dokąd przybył na spotkanie z rodzicami, i „zakochał się" (żeby zrobić przyjemność swoim starym?) w tej transeuropejskiej trzpiotce do tego stopnia, że pociągnął za nią do Drezna, gdzie się jej... oświadczył! o „szarej godzinie" 9 września 1836. Panna oświadczyny niby przyjęła, natomiast mamuśka zwlekała z odpowiedzią, chcąc się wprzódy przekonać, w jakim kierunku pójdzie domniemana już wówczas gruźlica narzeczonego, a skoro nic nie wskazywało na poprawę, uświadomiwszy sobie, że po przeprowadzce Maryni do Paryża jej kontakt z córką byłby utrudniony (choć te przyczyny nie wyczerpują sprawy - jak pisała później w swych listach siostra Chopina Ludwika Jędrzejewiczowa) - obie wycofały się z tej znajomości całkowicie bez twarzy, tzn. bez słowa wyjaśnienia, po prostu zrywając korespondencję. Chopin wpadł w depresję, na paczce listów od Maryni napisał dwa słowa: „Moja biéda" i skomponował niezwykłej urody Walc cis-moll op. 64 nr 2, którego potomność byłaby może pozbawiona, gdyby odpowiednio wcześnie interweniował był Słowacki!
Fakt, że Frycek dał się złapać w sidła, których Julek zręcznie uniknął, dowodnie świadczy o ogromnej powściągliwości tego ostatniego w stosunku do kobiet. To samo było z George Sand. Słowacki był nią nie mniej urzeczony niż Chopin, ale tylko jako zjawiskiem obyczajowym i literackim. Ona jest dla mnie największym francuskim poetą - i podług mnie daleko przewyższyła panią de Staël - pisał we Florencji 19.05.1838. Znany jest również długi list francuski Słowackiego, najprawdopodobniej adresowany do George Sand. Mowa w nim o wielu problemach ówczesnej kultury - rzeczowo, dogłębnie - ale broń Boże żadnych oświadczyn! Julek rozważał wprawdzie możliwość zbliżenia się do Sand, ale los zrządził, że spotkali się tylko raz - podczas wspólnego rejsu statkiem spacerowym po Jeziorze Genewskim; Słowacki poznał ją po męskim ubiorze, ale nie starczyło mu odwagi (a może starczyło rozwagi?), żeby (nie) podejść... A Frycek? Frycek, miękki i płynny jak jego własne melizmaty, oczywiście od razu popadł w wieloletnią zależność od tej władczej kobiety-macho.
Wśród omówionych w całym tym siedmioczęściowym artykule przyjaciół Chopina znalazło się trzech, którzy dostąpili zaszczytu trzymania jednego z końców całunu pogrzebowego kompozytora. Każdy kij ma, wiadomo, dwa końce, a każdy całun cztery. Czytelników pozostawiam z pytaniem: KTO TRZYMAŁ CZWARTY KONIEC CAŁUNU? Marcin Krzeszowiec
|
| < Poprzedni | Następny > |
|---|

