Dzisiaj jest piątek, 10 września 2010 roku. Imieniny obchodzą: Łukasz, Mikołaj, Mścibor. Do końca roku pozostało: 113 dni.
Fryderyk Chopin - 200. rocznica urodzin (7)
 
Oceny: / 0
KiepskiBardzo dobry 
Napisał Marcin Krzeszowiec  
Sunday, 28 February 2010
Image
Data urodzenia Chopina jest sporna. W akcie chrztu widnieje 22 lutego 1810, wedle świadectwa rodziców był to 1 marca. Siedem dni dzielących te dwie daty uczcimy siedmioma rzutami oka na męskie znajomości, przyjaźnie, a może nawet miłości najgenialniejszego polskiego kompozytora

 

 

 

 

 

O MARYNI

czyli Frycek i Julek w matni

 

Image
Chopina poznał Słowacki u Cezarego Platera 7 sierpnia 1832, na jednym z wieczorów, które Plater miał zwyczaj wydawać dla artystów polskich na emigracji w Paryżu. Były to wieczory z mężczyzn samych złożone i choćby z tego powodu cieszyły się dużą frekwencją. Chopin, wówczas już sławny w Paryżu fortepianista, grał, przybyli poeci gadali różne poezje, słowem, że dobrze zszedł wieczór (Słowacki do matki, Paryż, 3.09.1832). Wrażliwym Julkiem tak wstrząsnęła muzyka Frycka, że już do śmierci miał pozostać wielkim admiratorem talentu nowego kolegi. Poniższe słowa, skreślone w lutym 1845, starczają w tym względzie za najlepszą recenzję: Dla tych ludzi (...), nad [którymi] ciało utrzymuje codzienne zwycięstwo (...), Bóg stworzył dawno emetyk, a teraz przysłał doskonalsze lekarstwo, to jest enerwującą muzykę Chopina (...), bo po emetyku część ciała własnego wyrzucą, a po koncercie Chopina część duszy własnej utracą.

 

Czy podejrzewali się wzajemnie o nieodporność na wdzięki męskie? Byś może, jednak któż  z nas kogo to już nie podejrzewał, a dowodów nie ma żadnych. Niezbitym natomiast jest fakt, że „wspólnie kochali" tę samą kobietę - Marię Wodzińską. I znowu jest okazja do obalenia jednego z bardziej szkodliwych i enerwujących mitów. Wszystkie opracowania, wymieniwszy jednym tchem wiersze, które Słowacki poświęcił poznanej w 1834 w Genewie Maryni (a jest tego trochę: „W Szwajcarii", „W sztambuchu Marii Wodzińskiej", „Przeklęstwo", bardzo słynne „Rozłączenie", „Stokrótki", „Rzym", „Sumnienie" - wszystkie w latach 1835-36), zachłystują się kosmiczną siłą i romantyczną egzotyką tego „alpejskiego" uczucia. Tymczasem prawda wyglądała o wiele mniej niebotycznie.

 

Image
Stara Wodzińska, jejmość Teresa, spostrzegłszy, że uroda córki topi jak wosk męskie serca, postanowiła nieco doinwestować (fortepian, francuski, modne powieści etc.) i korzystnie sprzedać swój towar. Zaczęli więc Wodzińscy jeździć po Europie z Marynią jak z menażerią  (jak pół wieku później wyraziłby się Bałucki) - znano ich u wszystkich wód i we wszystkich stolicach, od Drezna po Paryż i od Marienbadu po Londyn. A Marynia gdzie się pojawiła, tam odnosiła bezprzykładne sukcesy na balach, piknikach i wycieczkach. Mamuśce zależało, by przyszły zięć był majętny, a tu jak na złość ten typ urody, jaki reprezentowała Wodzińska-juniorka, działał niemal wyłącznie na tuberkulicznych artystów, którzy, jak wiadomo, groszem nie śmierdzą. Mijały więc lata, a Wodzióscy dalej tułali się po wodach, po balach. Gdyby w tamtych czasach już organizowano w Paryżu Wystawę Światową, stara Wodzińska  niechybnie umieściłaby na niej córeczkę w charakterze eksponatu, by obejrzała ją możliwie jak największa liczba potencjalnych nabywców.

 

W końcu zwariowana rodzinka zahaczyła o Genewę i traf chciał, że ktoś im polecił pensjonat Patteyowej, w którym, jak pamiętamy, na dobre zadomowił się Słowacki. Wiedząc, jak zawsze Julka nudziły serca interesowne (mamuśka) i głowy bardzo  puste (córeczka) płci pięknej (Florencja, 22.02.1838), jakich dokonywał cudów, by wymknąć się tłumnie zapełniającym pensjonat damom i w spokoju popracować czy poczytać, i, wreszcie, znając jego porywczość - możemy sobie wyobrazić, jak musiał być wściekły, gdy wszystkie pomieszczenia wypełnił perlisty śmiech i słowicze koloraturki Maryni. Nie mógł się jednak okazać rarogiem i nieokrzesańcem, więc, rad nierad, przyjął zaproszenie Wodzińskich na wycieczkę wysokogórską do kaskady Giesbach (sierpień 1834) - tę samą, która, jak chcą historycy i literaturoznawcy, miała zapoczątkować jego wielką fascynację Marynią i zainspirować do napisania poematu „W Szwajcarii".

 

Owszem, poemat napisał, bo warsztat miał opanowany tak doskonale, że mógł tworzyć a vista, bez autentycznego zaangażowania uczuciowego, a widocznie wymagały tego względy taktyczne (dziewczyna była upierdliwa i trzeba ją było czymś ugłaskać) lub systemowe (Marynia lubiła kolekcjonować dowody uczuć artystów w postaci dedykowanych jej dzieł: od malarzy przyjmowała portrety, Chopin dwa lata później skomponował dla niej walc - dlaczego Jul miał być gorszy?). Natomiast rzeczona wycieczka skończyła się tym, że damy, zmęczone i przerażone podróżą po przepaścistych górach rzuciły nas i pojechały inną drogą do Luzern - my zaś chłopcy, trochę smutni z rozłączenia się [co wypadało okazać], TROCHĘ WESELI Z ODZYSKANEJ WOLNOŚCI, poszliśmy pieszo przez góry. (Genewa, 21.08.1834)

 

Słowacki przejrzał zakusy mamuśki oraz charakterek panny i za ponowną wizytą  Wodzińskich w Genewie latem następnego roku traktował obie z dużą rezerwą, Maryni zaś wyprorokował co następuje: Dowodzę jej jednak czasem, że jaki Pan Podkomorzyc w krainie Lachów, dobrze opatrzony w szlachecką układność, talenta, wąsy, podkówki i ostrogi, wybije z głowy pustelniczy domek [który sobie w romantycznej wyobraźni była uroiła i epatowała tym projektem rozlicznych zalotników]. (...) Młode nasze Polki zawsze przebywają bardzo piękne krainy marzeń, aby się kiedyś zamknąć i zakopać w najnudniejszej realności. Chyba w żadnej innej sytuacji Słowacki nie był bardziej dosłownie wieszczem: Marynia przebierała, przebierała, aż skończyła za postawnym a grubym, istotnie wąsatym acz dalekim od uduchowienia szlachetką Orpiszewskim, właścicielem folwarku z browarem.

 

Proroctwo Słowackiego nosi datę 30 czerwca 1835. Ubolewać należy, że w ciągu najbliższego roku nie miał okazji widzieć się z Chopinem i uprzedzić go, co to za ziółko ta Marynia. Zaoszczędziłoby to Fryckowi bolesnej rekuzy. Ten jednak zetknął się z Wodzińskimi dopiero latem 1836 w Mariańskich Łaźniach, dokąd przybył na spotkanie z rodzicami, i „zakochał się" (żeby zrobić przyjemność swoim starym?) w tej transeuropejskiej trzpiotce do tego stopnia, że pociągnął za nią do Drezna, gdzie się jej... oświadczył! o „szarej godzinie" 9 września 1836. Panna oświadczyny niby przyjęła, natomiast mamuśka zwlekała z odpowiedzią, chcąc się wprzódy przekonać, w jakim kierunku pójdzie domniemana już wówczas gruźlica narzeczonego, a skoro nic nie wskazywało na poprawę, uświadomiwszy sobie, że po przeprowadzce Maryni do Paryża jej kontakt z córką byłby utrudniony (choć te przyczyny nie wyczerpują sprawy - jak pisała później w swych listach siostra Chopina Ludwika Jędrzejewiczowa) - obie wycofały się z tej znajomości całkowicie bez twarzy, tzn. bez słowa wyjaśnienia, po prostu zrywając korespondencję. Chopin wpadł w depresję, na paczce listów od Maryni  napisał dwa słowa: „Moja biéda" i skomponował niezwykłej urody Walc cis-moll op. 64 nr 2, którego potomność byłaby może pozbawiona, gdyby odpowiednio wcześnie interweniował był Słowacki!

 

Fakt, że Frycek dał się złapać w sidła, których Julek zręcznie uniknął, dowodnie świadczy o  ogromnej powściągliwości tego ostatniego w stosunku do kobiet. To samo było z George Sand. Słowacki był nią nie mniej urzeczony niż Chopin, ale tylko jako zjawiskiem obyczajowym i literackim. Ona jest dla mnie największym francuskim poetą - i  podług mnie daleko przewyższyła panią de Staël - pisał we Florencji 19.05.1838. Znany jest również długi list francuski Słowackiego, najprawdopodobniej adresowany do George Sand. Mowa w nim o wielu problemach ówczesnej kultury - rzeczowo, dogłębnie - ale broń Boże żadnych oświadczyn! Julek rozważał wprawdzie możliwość zbliżenia się do Sand, ale los zrządził, że spotkali się tylko raz - podczas wspólnego rejsu statkiem spacerowym po Jeziorze Genewskim; Słowacki poznał ją po męskim ubiorze, ale nie starczyło mu odwagi (a może starczyło rozwagi?), żeby (nie) podejść... A Frycek? Frycek, miękki i płynny jak jego własne melizmaty, oczywiście od razu popadł w wieloletnią zależność od tej władczej kobiety-macho.

 

Image
 

 

Wśród omówionych w całym tym siedmioczęściowym artykule przyjaciół Chopina znalazło się trzech, którzy dostąpili zaszczytu trzymania jednego z końców całunu pogrzebowego kompozytora. Każdy kij ma, wiadomo, dwa końce, a każdy całun cztery. Czytelników pozostawiam z pytaniem: KTO TRZYMAŁ CZWARTY KONIEC CAŁUNU?

 

Marcin Krzeszowiec  

 

Skomentuj

< Poprzedni Następny >
© Copyright 2005-2010 A.W.R. Softpress, Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i wykorzystywanie materiałów oraz zdjęć zawartych na stronach polgej.pl bez zgody redakcji zabronione!

ADAM On i On Toro FanTom Sauna Warszawa GayLife Super Adam Stallion.pl