NAJLEPSZE PROFILE

SZUKAJ PROFILU

Szukam
Wiek pomiędzy
a
Położenie :
Miasto
Województwo
Wybierz kraj

UŻYTKOWNICY ONLINE

0 użytkowników i 62 gości online
Ocena użytkowników: / 5
SłabyŚwietny 
ImageJerzy Nasierowski, Pierwszy Pedał PRL-u (zob. wywiad w „ON i ON" 9-10/06), autor „Zbrodni i..." (Korporacja ha!art, Kraków 2006), zapowiada na koniec lutego 2007 swoją następną książkę „Romeo&Romeo", a w niej, mówiąc słowami samego autora, WSZYSTKO o zakazanej miłości w pierdlu. Koniec PRL-u, „Izba Chorych". Młodzi, piękni złodzieje! Ich wbitki, połyki! Bóg! I PRAWDZIWA(!!!) love story. Gorące ok. 250 stron (à 25 PLN?). Poniżej autoreferat autorski i fragment utworu. W charakterze lektury przygotowawczej proponujemy materiał „Kraciaste marzenia" z bieżącego numeru „ON i ON" (luty-marzec 2007)

 

„Romeo&Romeo” to cała prawda o seksie w męskim pierdlu. Ta książka podnieci cię jak żadna „ściąga” w dzieciństwie, wzięta do sraczyka... Ale i przerazi cię. Tylko sobie, koleżko geju, wyobraź: zatłoczone cele, setki młodych hetero–złodziei, a w każdym kipi sperma! Fakt i głód prawdziwej miłości, której taki heteryk często nie posmakował na dobre.

Tymczasem okrutne więzienne prawo zakazuje bzykać się ze sobą tzw. Ludziom. Zaś ich w pierdlu 99–ciu na 100–u. I wolno im się bzykać (przy 100 zakazach–nakazach, jak w kodeksie drogowym) tylko z cwelami, czyli pedałami. W dodatku po kryjomu przed hordą strażników (bywa za to drugi wyrok).

Kim są ci cwele? Ano, wpadł do pierdla delikatny na oko młodzik. Jakiś bystry złodziej go chytrze namówi, by mu zwalił – i mogiła. Odtąd taki wszystkim obciąga i te de, czy chce, czy nie.  Ale na setki zapuszkowanych przestępców jest tak zgnojonych cweli na lekarstwo. Więc tam idzie o nich ostra walka. Jak w stadzie głodnych psów o jedną kość (tu: o „ryj” czy „srakę” cwela).

Lecz niejeden hetero–złodziej walczy i sam ze sobą. Żeby w trakcie bzykania młodego cwela broń Boże nie objąć go ani nie pogłaskać czy pocałować. Bo zdemaskowany przez resztę Ludzi heteryk też stałby się takim gnojonym cwelem. Nieważne, że prócz fiuta każdy ma i stęsknione serce.

Prawie wszyscy bohaterowie „R&R” są heterykami. Ktoś powie – jak i samce na wolności. No, nie wiem... Prawda o markowych heterykach za kratkami jest szokująco inna! Ona cię na pewno podnieci, chwilami wzruszy do łez, ale także porazi. I OK. Bo ty, koleżko geju, musisz to wszystko zapamiętać. Dla swego dobra. Pewnie nigdy nie znajdziesz się w pierdlu. Boże cię chroń. Choć kto to może wiedzieć. Tak czy tak, „R&R” nauczy cię dawać tam sobie radę. Ale i poza pierdlem (np. w Sieci), gdzie szybko rozszyfrujesz niebezpieczną znajomość (w ogóle prawdziwych mężczyzn?).

Ci hetero–złodzieje w końcu wychodzą z pierdla. Są bez kasy. A taki „na wolce” umie zwodzić geja niczym oszust matrymonialny babę. W cztery oczy i dwa fiuty on geja i obejmie, i przytuli, i pocałuje. Ale potem...

 

Jerzy Nasierowski

  

Image II WIZYTA ŁASZCZA

 

   CHÓR - Dawna namiętność w mogiłę spoziera,

                  a miłość spadek przejmuje w pośpiechu; (srutu trutu, pęczek drutu [przyp. mój])

 

   - Beata marzy o ksywie „Armanda", Jerzy. Raz ją z Krzyśkiem umalowaliśmy, oczy sadzą z zapałki, usta czerwoną bibułką. Ślicznie jej się błyszczały... Spódniczkę zrobiliśmy z dwóch ścierek, na siku kazałem jej kucnąć. Krzysiek był w siódmym niebie. Mówię: „Jeszcze brwi wyskub pincetą, ma za krzaczaste, włosy na nogach zlikwiduj". Niestety stopy u Beaty jak narty.

   - To co?

   - Jej trzeba kozaka, co by pokazał. Krzysiek za podobny do wszystkich złodziei. Beata lubi takich, co nie myślą po stosunku. Myślący osądza ją albo siebie, a kozak chce drugi stosunek odbyć. Choć uważam, Jerzy, i ostatni burak, i kurwa może mieć refleksję!

   - Oczywiście.

   - Beatę ciekawi, że sperma ma różny smak. I raz przymiliła się do mnie... Ja, kochanek superzawodnik z wolności, miałbym się wpierdalać na wyrok za cwela? No, pierwszy i ostatni raz „Kulajpeda" trenował na moim kutasie...

   Kazałem mu wzrok mrużyć, jak w pornosach. Nie skończył dwudziestu lat. Oczy aksamitne, cera blada. Szpecił go tatuaż „porucznika" na ramionach. Ale miał je krągłe jak u prawilnej dziewuchy...

   - Mów. To naprawdę ciekawe.

   - Krzysiek bierze Beatę ręką za mordę. Ja tego grypsującym nie powiem. On mówi, że kogoś udusi, jak mu wykręcą aferę. Bo to tylko posądzenia. Nieraz grypsujący podpuszczają cwela, co oddaje się posądzonemu kodeksowo i go znienacka całuje! Chryste, ślini cię taki zlagrowany pysk... Tak, tak, Jerzy, cwele dla grypsujących to ciągłe pole minowe.

   - Tylko współczuć.

   - Podpuściłem Krzyśka, to po dupie Beatę klepał. Ja wszystko trzymam w dyskrecji, ale ostatnio przesadził. Taki „Jelonek" bluznął na Beatę: „Ty cwelu!". I Krzysiek łup, „Jelonka" taborkiem. „Jelonek" jest frajer czy nawet chuj, lecz jeszcze nie paparuch! Więc mówię Krzyśkowi: „Wstawiaj się za cwelem, to nie wyjdziesz z wora". Beata, co zna zasady, też mu mówi: „Nie broń mnie Krzysiuniu, bo się wchrzanisz". On skamle do Beaty: „Misiunia", a ja: „Ty blancwero wątpliwego urodzenia".

  

   CHÓR - Romeo kocha i sam jest kochany;

                 do wroga wzdycha, skarży się wrogowi. (trąf trąf, misia bela, misia Kasia, kąfacela [przyp.mój])

                  

   - Beata dziwnie chciała iść na ten szpital... Ich pożegnanie było krótkie. Przyszedł gad, Beata zwinęła tobołek, otarła się o Krzyśka. On gapił się w nią rozdzierająco, a Beata wyszczupliła tę swoją twarzyczkę, powieki jej opadły; fajnie wyglądała... Eee tam, kurwa, rura, jak wszystkie cwelice! Tylko skąd tu, w mordę jebana mać, wziąć królewnę?!

   - No, rzeczywiście.

   - Ja, Jerzy, czuję, że Beata dopiero znajdzie swój cel. Krzysiek jest jej któryś przystanek... Tamtego wieczora popiliśmy czaju, a on mówi z łzami: „Chcecie, żebym żył - nie mówcie mi, z kim Beata się pierdoli". Jerzy! To Sałata rozgaduje grypsującym, że Krzysiek za nią płacze. Zaś ona wciąż szuka, bo i ciężko w tej więziennej miernocie znaleźć orła! Chwilowo bierze do pyska te grypserskie knoty, tygodniami niemyte... Na swoje szczęście, Beata jako pomocnik tresera brandzlowała tygrysy w cyrku.

   - Nie mów?!

   - Tak, Jerzy! Potem szła kiedyś bez paszportu do NRD. To zwaliła konia pogranicznym psom, co ją dopadły. Onanizowane zwierzę jest bardziej za człowiekiem. Podobnież ci z WOP-u, z MO nadstawiają w tresurze dupy swym służbowym wilczurom. Więc i obciągnięci przez Beatę grypsujący ją częściowo lubią.

   - Trudno się dziwić.

   - Krzysiek jeszcze jej się nie śnił, gdy z nią gadałem nocami przy czaju. Zawsze miała pod moim kojem wzmorzony oddech i błyszczące ślepia. A ja jej: „Nic z tego, cwelico". I najwyżej sam się zająłem sobą...

Czy z Krzyśka taki kozak? I faktycznie po cztery razy Beatę sadzi do krańca? Z jej ust tego nie słyszałem. Lepiej by pomyślał, czy Beacie się robi rzeczywiście dobrze. A on: „Z iloma się pierdoliłaś?". Mógłby delikatniej, jeżeli ją tak kocha. Mówiła mu, że z czternastoma. Spazmów śmiechu dostałem, bo wiem od niej o dwustu kilkudziesięciu.

   - No, no.

   - Beata tak mnie szanuje, że mam im dać ślub. Chcą założyć dom, wziąć dziecko z bidulca, on rzuci wódkę, ona się wykształci w czymś innym; no, nie wiem. Bo Krzysiek... on jest narcysta, przegląda się w szybie i mówi: „Ooo!". A tors ma jak nitka.

   Natomiast co do oskarżenia Krzyśka przez Sałatę o płakanie za Beatą - to częściowo zazdrość Sałaty. Też się w Beacie zabujał. Pomyśleć, że Sałata dziewczynom na wolności byle haka dać, do rowu rzucić, majtki porwać i zgwałcić. Daremnie prosiły o litość...

 

 

   JA (a właściwie on!)

 

   Oddziałowy „Pijak" wbrew zakazowi Ochrony wziął mnie, niebezpiecznego, do kąpieli z ogólnym - i widziałem „Hankę". Brzydkie to i chude. Obecnie, hm, przynależy do „Kominiarza". Faktycznie przykre, że on musi ją uczyć: „Weź po czubku, nie gryź, rób tylko językiem". Tamtym umorzono o nią sprawę. Kominiarz, mydląc sobie swą, przecie stuprocentową, męskość, znów czule wspominał cwela Beatę.

    Kiedy zobaczył go wtedy w sztumskiej łaźni - oszalał. Wleźli do pakamery obok, a za nimi sznur gołych złodziei: „Teraz ja, teraz ja!". A Kominiarz: „Chwilę!".

   Ci, co dotąd brzydzili się cwe­lami, brali wolnościowy adres Beaty. Ponoć działał na wszystkich złodziei jeszcze bardziej niż Brigitte Bardot. „Jurek, czarny, śliczny, zgrabny..." - mój stołeczny ziomek uśmiechnął się do słońca niczym stokrotka.

 

 

 

   NIE BOICIE SIĘ, ŻE BÓG WAS WYKLNIE?

 

   Spawali dziś klapę w drzwiach mojej celi i oddziałowy „Koń" pyta, gdzie chcę iść? „Na Izbę Chorych!" Wychodzimy z celi na korytarz. Ja regulaminowo przodem.

   To filmowo-książkowe wnętrze zna co drugi Polak, ze swej praktyki, exwięźnia, lub - uogólniając - „psa".

   Po obu stronach tego trzypiętrowego skrzydła „A" - trzy poziomy galerii z żelazną poręczą; białe ściany, w nich setki szarych, żelaznych drzwi. Środkiem, od sufitu do parteru, pusto.

   No, na każdym piętrze szklana dyżurka, żelazne schody z rozpiętą metalową siatką. Bo więźniowie schodząc na spacerniak skakaliby głową w dół.

   Kiedy Koń mnie wpuścił pod 102, Krzyśka i Beatę (czyli Rysia) zamurowało. Ich cela - faktycznie półtora metra na trzy. Też zdenerwowany siadłem na stołku w pokrowcu.

   Jezu! To był kibel - rytualne miejsce cwela! Zerwałem się. Ich nowy współlokator, Kajtek o twarzy amora, bąknął, że grypsujący go krzywdząco posłali w dół. Ale ja w tej panice i „Człowiekowi" Krzysiowi nie podałem ręki. Beacie bym w żadnym wypadku...

   - Chuj spadł Kajtkowi na czoło - uśmiechnął się nieśmiało Krzyś. Też przestępowałem z nogi na nogę. Taka okazja, a przy Kajtku nie rozmowa. Na szczęście Koń wziął go do dentysty i cela się stała jakby esbowskim konfesjonałem...

   - Pracowałem raz w życiu, na budowie... - Krzyś posłusznie się spowiadał - ...ale zleciała mi cegła na głowę...  Ze szpitala uciekłem, bo dali mi kaszkę, a innym chorym gulasz...

   - Wczoraj zacięło się w celi okno, to Krzyś znów je walnął, aż pękło - wspomógł go nerwowo Rysio.

   - Ciebie bym nigdy! - ogarnął tamten Rysia miłosnym spojrzeniem.

   Mnie dziwnie ujął Krzyś. Wiedziałem od Łaszcza, że Krzyś miał w karcie szpitalnej „brak wyższych uczuć". A tu... Mówił klinicznie natchniony, że wierzy tylko w Rysia i w Pana Boga; że te cztery i pół metra kwadratowego z serwetką nad obtłuczonym zlewem i kawałkami koca na podłodze jest ich rajem; że boski Ryś odnowił gąbką te zmurszałe ściany!

   - To chyba najpiękniejsza cela w świecie - aż zachłysnął się Krzysio z wyraźnie najwyższym uczuciem? -Tutaj, proszę pana, jem... - wskazał mi zardzewiały parapet, ponoć oklejony przez Rysia sreberkiem.

   Prawdziwy stół, słucham z uwagą, nie jest w pełni stołem przez grzeszną bliskość kibla, którego szmaciany pokrowiec nie dość zbawia... A taborety oni legalnie przystawiają na noc obok dolnego łóżka Krzysia jako, domyślam się, miłosną „polówkę". Brak tu centymetra wolnej podłogi na tzw. sianko dla Beaty.

   Kajtek nie je ani z Krzyśkiem na tym parapecie, ani z Rysiem, lecz na górnym łóżku. Choć Kajtek „spadł w dół", to do rozstrzygnięcia swej „sprawy" przez grypsujących, uważa, wciąż nie jest przecwelony. Tylko Rysio, formalny cwel - je, o paradoksie, przy stole, tyle że siedząc na wyklętym kiblu. Ale podaje Kajtkowi papierosa gołą ręką?

   - Kiedy, Krzysiu, zrozumiałeś, czym jest dla ciebie Ryś?

   - Wpierw, proszę pana, jakby orałem traktorem niejedno pole, aż to jedno...

   - Na wolności będą dziewczyny?

   - Starczy, że spojrzę na Rysia. Lecz wpierw tu zabiję „Palmę"! - szczerzy zęby całe w nikotynie. „Człowiek" Palma, równie przystojny dwudziestolatek z celi obok, daremnie chce, zgodnie z więziennym kodeksem, czasami pożyczać Beatę. - Ja, panie Jerzy, kocham Rysia... jak Pana Boga! - Krzyś chyba roni łzę.

                                               *                                 *                                 *

   Nie uśmiecham się. Choć zabawne słyszeć to prasłowo „kocham" w więziennych murach. Niby tu szczególnie łatwo o dozgonność uczuć... W styczniu Rysio był pod nożem chirurga z przebiciem bodajże dziewiątego połyku. Wobec, zdaje się, śmierci klinicznej przy ósmym, mógł przy dziewiątym całkiem umrzeć. Zdenerwowany tym Krzyś poderżnął sobie gardło, na szczęście za płytko. Ale dzięki temu, wyjąwszy czternaście dni „twardego łoża" Krzysia, są razem w tej celi-trumnie już ileś miesięcy.

   - Nie boicie się, że ten Pan Bóg was wyklnie?

   - My nie komuniści, panie Jerzy - mówi Rysio.

   - Nasze kochanie siebie, proszę pana, zbliża nas do Pana Boga! - Krzyś dotyka swego cwela jak relikwię. Rysio ma mordkę koteczki piwnicznej w marcu. Według Łaszcza, gdy Krzyś był na dechach, Beata się sparzył z czterema złodziejami. Chciał tak zarobione papierosy posłać Krzysiowi? Ten, podobno nieświadom świętej zdrady ukochanego, płakał na tych dechach, jak twierdzi, z bólu połyków. Wyparłby się tej niemęskości, ale płacz słyszał z dalszej izolatki plotkarz Sałata.

   - Jak Krzysio zabije Palmę, ja, proszę pana - zabiję Sałatę i będziemy tu dwadzieścia pięć lat razem.

   - Nie ma, panie Jerzy, większej miłości niż ta moja z Rysiem.

   - To po co on znów spuścił litr czy ileś krwi?

   - Dzięki tym samouszkodzeniom, z dziesięciu lat wyroku zostało mi, panie Jerzy, pięć.

   - Jestem po prostu Jurek.

   - ...

 

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

STATYSTYKI

Statystyki
Osoby : 8341
Grupy : 57
Dyskusje : 0
Albumy : 81
Zdjęcia : 589
Filmy : 7
Komunikaty : 1
Aktywność : 1018
Komentarze : 5
Wydarzenia : 49